CHAPTER 1
Dialog 1
Czy gładkie karty tej niezwykłej księgi
Powstały po to, by na nich widniało
Jedynie słowo „kurwa”? Co?
Otello, Szekspir, przeł. Stanisław Barańczak
Myszkin z Ursynowa, jak każdy Myszkin, słuchał wyłącznie praw ustanowionych przez samego siebie. Z pocieszną nonszalancją mawiał: - Nie lubię kupy, grupy i ludzi. Tego dnia, leżąc w barłogu z małżonką, którą dla odmiany całkiem paradoksalnie wielbił, doszedł do wniosku, że należałoby spisać coś na kształt wspomnień. Wiele w jego krótkim życiu działo się rzeczy przedziwnych, filozofia Myszkina ewoluowała jak królik wyciągnięty z biretu obłąkanego maga. Raz był Myszkin taki, raz owaki, w poniedziałki myślał to, we wtorki znowuż coś zupełnie innego. Krótko mówiąc, pultał się.
- Nataszo – szepnął żonie na ucho w środę 26 maja 2005 roku (autor niniejszych zapisków, o ile go pamięć nie myli, mniema, iż był to Dzień Matki w fuzji z Dniem Bożego Ciała). – Nataszo! Czytasz te wszystkie historie, a może tak ja bym coś napisał? Natasza była kobietą mądrą i dobrą, nie przycinała, jak inne, mężowych skrzydeł. Łagodnie zachęcała nawet, gdy idee Myszkina w głebi duszy uznawała za nieszczególnie rozumne.
„Cóż takiego mógłby napisać mój niespokojny Myszkin? Wiem, wiem, pamiętam, kiedyśmy się poznawali niespełna dwa lata temu, objawił mi to i owo, wpuścił do świata trącącego tyleż melancholią, co absurdem. Jeśli, nie daj Bóg, zechce we wspominkach dotykać piórkiem mnie, zmartwię się. Jeśli jednak opisze piruety, młodzieńcze swoje wybryki, kaprysy, chmurki i humorki, wspierać będę co sił”. Natasza zamyśliła się, była bowiem kobietą myślącą. Nie na darmo studiowała filologię na uniwersytecie w X. Słowem pisanym posługiwała się lepiej niż Myszkin, który, nieświadomie idąc w ślady ojca swego, Michaiła Edmundowicza Człapkiewicza, karierę naukową zakończył dochrapawszy się tytułu magistra.
Autor Myszkinowych zapisków, w gruncie rzeczy sam Myszkin, posłuchawszy sugestii żony, a również swoich własnych, zasiadł przy komputerze. Alfa, beta, gamma... omega. Pierwsi będą ostatnimi, ostatni pierwszymi. Jeśli już bowiem piszemy, nieprzypadkiem, choć niejako mimo woli, łączymy się z internetem. Odpaliwszy konto mailowe, niespokojny spisywacz wspomnień, nadział się okiem na reklamę: „Gdy Twoje dziecko jest otyłe”. Cóż, pomyślał, mamy z Natką dziecko, miłego Konstantego; chłopiec jest szczupły, ale przecież wszystko, wszystko przed nami. Za rok, dwa, za siedem lat, w barłogu Myszkinowo-Nataszym pojawi się może nowe kaczę, obowiązkowo na krzywych łapach, w genach otrzymując sporą dawkę szaleństwa ojca i równowagi matki. „Oby nie było otyłe!” – pomyślał Myszkin, po czym zapalił papierosa. Pusta kartka, tabula rasa, księga jest jak człowiek, rozwija się trochę z nadania, a trochę przypadkiem, próbując iść z góry ustalonym, skrupulatnie naszkicowanym szlakiem, musi czasem zboczyć, przykucnąć marginalnie przy sprawach z pozoru nieistotnych, ważko-nie-ważkich skręcić, zmitrężyć przy młodości, wkręcić śrubkę w dupkę dzieciństwa, zamarudzić przy temacie Matki, Ojca, Ciotki i Pożaru. Niechże więc płynie ta nasza historia szalona, niech śpiewa, tańczy i podryguje Myszkinowy opus mini, niech dzieje się dzieje, a kto wierzyć chce we wszystko, co przeczyta, bombą jest i trąbą i kłem słoniowym.
Lecz oto minęła chwila, Myszkin sięgnął po kolejnego papierosa, pogmerał sobie flamastrem w uchu, po czym doszedł do tyleż błogosławionego, co nieoświeconego wniosku, że wspomnienia są niedobre! „Po cóż mam trwonić czas, zatrzymując się w przeszłości, gdy Nowe, Aktualne, Świeże czeka? Po cóż babrać się, dopieszczając styl Minionego? Dialog, to jest to!”. Niespodziewana eureka czegoś Myszkina zabolała. Po namyśle podjął męską decyzję: „Wyszedłem od konieczności rozprawienia się z czasem zaprzeszłym, niech więc dialog mój dialożek dotyka tyleż Byłego, co Obecnego”. Na tym stanęło.
ZACZYNAMY!
W domu państwa Człapkiewiczów nie przelewało się. On, nazwijmy go Księciem Myszkinem z Ursynowa, skończył wprawdzie z wynikiem bardzo dobrym studia na wydziale germanistyki, miał też pozorną pracę w tym najpozorniejszym ze światów; mimo to nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się bezpieczny. Ona, absolwentka bratniej filologii, choć pędziła z Myszkinem żywot w miarę ustabilizowany i wolny od spięć, Nataszą będąc, wcale Nataszą się nie czuła. Czasami mówiła o sobie: "zagubiona mysz Myszkinowa", kiedy indziej "Nataszydło, któremu przetrącono skrzydło". Wyobraźnia? Stres? Co w takich momentach przemawiało głosem Nataszy, nie wiadomo. Mieli państwo Myszkinowie syna Konstantego, o nim jednak kroniki milczą. Wyłoni się z niebytu w stosownej chwili, póki co, nie uprzedzajmy jednak faktów, oto bowiem nastaje Dzień Pierwszy, Rozmowa Pierwsza.
Celem zarysowania klimatu dysputy powiedzmy tylko, że Myszkin i Natasza siedzieli w obszernym salonie przy wielkim dębowym stole, popijając przedwieczorną kawę. Tchibo i Jacobsa negowali, uważny czytelnik domyśli się więc szybko, że w filiżankach mieli Myszkinowie kawę po karaibsku.
DIALOG 1
Trzebaby coś zrobić.
Osoby:
Natasza
Myszkin
Myszkin: - Wiesz, ja wiem, że nic nie wiem. Ale jednak muszę coś zrobić. COŚ...
Natasza: - Żeby nie zdziczeć? Dowiedzieć się czegoś?
Myszkin: - To nie to, nie tak.
Natasza: - Denerwuje cię bezczynność?
Myszkin: - Jaka... Że co? Bezczynność? Bierny to ja byłem 5 lat temu, jak mnie zapakowali do psychiatryka. Wiadomo, diagnoza, bla bla, człowiek się załamuje pod ciężarem. Potem jest
tylko gorzej. Stajesz się osobnikiem w kontekście, rozumiesz, w KON-TE-K-ŚCI-E! Oni ci między oczy: schizofrenia, ty im między uszy: akurat! Mama twoja przyłazi, krzyczy: "Nigdy u nas nie było chorych psychicznie, nigdy!". Never! Ale to się kończy. Po miesiącu, dwóch patrzysz na wszystko zrezygnowany: " No okej, okej, mam schizofrenię". I zaczyna się wielkie
bierne dziczenie, bezczynność bogatoobjawowa.
Natasza: - Misiek, szukasz wymówki. Łatwe rozwiązania to my propagowaliśmy w przedszkolu i w zerówce. Człowiek dorósł, dojrzał, zrozumiał to i owo. Trzeba się w garść wziąć.
Myszkin: - Igzaktli, w garść. I o to chodzi! Powiedz no... Mi powiedz, Natasza..
Natasza: - Si?
Myszkin: - Kiedy to się zaczęło?
Natasza: - Ale... Ja nie wiem! Co? Co się kiedy zaczęło?
Myszkin: - Moje pływanie, balansowanie moje, ta moja taka-siaka-owaka nijakość. Znasz mnie, wiesz, o czym brzęczę.
Natasza: - Nie można ciebie znać, Myszak! Ty jesteś zagadka, sfinks, ruski czołg na froncie w słonecznej Italii. Patrzę co rano, widzę faceta, chłopaka, dziecko, takiego ultramarynowego Piotrusia Pana. Wyskakuje z łóżka, plums plums, hyc hyc, szura do łazienki, po kawę, z golarką, śmieje się i peroruje i peroruje i śmieje się. Jak posłuchać, to to nawet mądre jest, tyle że takie mądre mądrością ulicy. Odmieńca. O!
Myszkin: - No o! Kręcę się jednak...
Natasza: - Jesteś nadaktywny. Hipermaniakalny!
Myszkin: - Watsonie!
Natasza: - Ciii, nie przerywaj! No więc, idąc tropem myszkizmów, mój książę zawsze ma strasznie dużo do powiedzenia, prześwietla rzeczywistość jak rentgen, Maria Curie jakaś. Świdruje, a te oczka jego takie biologiczne, filozoficzne, parapsychologiczne, psychiatryczne wręcz. Gdzie spojrzy, ma gotową regułę, wniosek, definicję. Światy buduje z
klocków lego. PLastikowe, małe, ale silne. Solidne!
Myszkin: - Poeta gada, gada, gada... Nie przysypiam?
Natasza: - Broń cię panie Boże! Znajdujesz się w fazie permanentnego śnienia, intensywnego i z marzeniami. Wszędzie cię pełno. REM ad infinituum, robaczku!
Myszkin: - Dobra, tylko brakuje w tym wszystkim porządku, myśli przewodniej. Azymutu. Cyrkla i ołówka. Biegać należy skądś dokądś, inaczej bieganie traci sens, staje się neurotyczną czynnością zastępczą. Nie uprawiam seksu, więc piszę wiersze...
Natasza: - Uprawiasz.
Myszkin: - Przenośnia taka. Czekaj, zmierzam do...
Natasza: - Fabrykant słów.
Myszkin: - Fabryka małp, fabryka psów, fabryka dzikich stworzeń.
Natasza: - Nie, to tak szło:
"Fabryka małp, fabryka psów
Rezerwat dzikich stworzeń
Zajadłych tak, że nawet Bóg
I Bóg im nie pomoże", la la lalalala...
Myszkin: - Zamienia się to w sprzeczkę o pryncypia. A tymczasem małpy... Widzisz, Natasza, chcę się wyrwać z kręgu zastępczych czynności, dojść do stanu, w którym objawi się manifestacja woli.
Natasza: - Teeee, faszysta!
Myszkin: - Przecież wiesz, że nie. Przestać gadać, zacząć coś robić. Sensownego. Zamienić energię wydatkowaną na produkowanie słów w energię słoneczną. Twróczą.
Natasza: - "Gdzie spojrzę - dokoła dżungla".
Myszkin: - Lady Pank, tak jest. Myślisz, że w dżungli nie mam co marzyć o przebiciu się?
Natasza: - Z działaniem, tworzeniem?
Myszkin: - Właśnie, właśnie...
Natasza: - Przebijesz się, o ile... Ty... Jaki masz plan?
Myszkin: - Doktorat!
Natasza: - To jest to zdobywanie świata?
Myszkin: - Na początek...
Natasza: - Dłubanie w doktoracie zamiast słów? Kiedy ty takie słodkie głupoty czasem... Takie sweet! Słuchać cię miło.
Myszkin: - Pisać też bym potrafił, równie słodko, choć nie głupio, bo właśnie doktoraty są od tego, żeby wieczni chłopcy przećwiczyli wyskakiwanie z przedszkolnych mundurków. Nie robię tego dla ludzkości, robię to dla siebie! Forma darmowej autopsychoterapii.
Natasza: - Hmmm. Ego...
Myszkin: - Co ego? Jakie ego? Alter ego, super ego, id?
Natasza: - Egoista, jak każdy chłopiec. Powiedz od razu: kij tam z dojrzewaniem, laury chcesz zbierać. W takim razie wolę, kiedy gadasz. Z gracją to czynisz, z gracją.
Myszkin: - Tylko po piwie. Winie. Po lekach.
Natasza: - Zatem manifestacja woli.
Myszkin: - Grzebadełko. Pogrzebałem, a co wygrzebałem, to moje. Widzę błędy młodości, wady genetyczne, osobliwe dysponowanie czasem z przewagą trwonienia go nad wykorzystywaniem w słusznej sprawie. Nie chciałbym na łożu śmierci powiedzieć sobie: "Ot, wszystko, Myszkin, co miałeś, całą energię i ewentualne domniemane potencjały zmarnowałeś na brzęczenie". Chcę z dumą panu Bogu zanieść prezent. Laurkę. Od wdzięcznej duszy. "Widzisz, Bóg, dałeś mi szansę, ja ją wykorzystałem. Do tego, niby tak ot, nie chcący, zwalczyłem wrodzone lenistwo, rozproszenie i schizoidalny pęd do rozmieniania się na drobne".
Natasza: - Eeeeej, patetyzujesz! Od kiedy to mój Myszkin robi coś dla Boga?
Myszkin: - Tam, przenośnia. Zresztą, czemu nie? Zebrało mi się na metafizykę.
Natasza: - Dwugłowego cielęcia?
Myszkin: - Jakem wicehrabia przepołowiony! Tak!
Natasza: - Rób ten cholerny doktorat.
Myszkin: - A ty?
Natasza: - Co, ja?
Myszkin: - Zrobisz swój?
Natasza: - Dokto...? Nie wiem, bo trzeba dzieci uczyć.
Myszkin: - Dzieci da się przeskoczyć.
Natasza: - Nooo, mam z tym pewien problem. Myszkin urodził się z talentem do przeskakiwania, mnie go brak.
Myszkin: - Pantha rei, mościa panno, pantha rei!
Na tym kończy się Rozmowa Numer Jeden poczciwców Myszkinów. Pocieszmy się już teraz pewnością, iż małżonkowie ci, z natury gadaci i, nie owijajmy w bawełnę, zdiagnozowani psychiatrycznie, prowadzić będą takich rozmów jeszcze bardzo wiele.
--------------------------------------------------------------------------------
Dialog 2
Nocna pogawędka.
Osoby:
Natasza, żona Myszkina.
Myszkin, mąż Nataszy.
Konstanty Fiodor Człapkiewicz, ich syn.
Natasza: - Panie! Co pan tam tak stuku-puku? Szósta rano jest.
Myszkin: - Kiedy muszę.
Natasza: - Nie ma muszę! Zresztą, - muszę to do wyra, wio! Wiśta, haśta, sio! Wiesz, jak będziesz jutro wyglądał, chochole paryski ty, ty bułko z makiem, dżemiku antykonserwantowy? No to wyobraź sobie Kaczora Donalda z wydepilowanymi skrzydłami i przystrzyżonym dziobem. Wykończysz się. Syn rodzony cię nie pozna.
Konstanty (wyłania się z niebytu): - Ktoś o mnie mówił? Właściwie dlaczego zostałem powołany do istnienia?
Myszkin: - Ta twoja krotochwila, Nataszo... Bo widzisz, piszę, tworzę... A pani mi tu z kabaretem wyjeżdża.
Natasza: - Duby smalone pleciesz! Syneczka nam deprawujesz! Przykład dajesz negatywny!
Myszkin: - Też nie śpisz.
Natasza: - Rozglądam się za tobą. Oczy przecieram, patrzę i co? Nic! Pusta połówka łóżka, mój przyjaciel zniknął. Myślę, po papierochy polazł, na bazar, grahamki kupuje. Ale nie, gdzie tam, no skąd! To jest chory maniak komputerowy! Weźmie przyjdzie ci tu, nam tu, tam taka sąsiadka jakaś jakowaś, babon ufiokowany w loczkach, zamarudzi, że tupiesz. Ja cię wtedy nie obronię, ja znam to twoje tupanie paluchami po klawiaturze. W imię jakiego Boga, jakiej źle pojętej sprawiedliwości tak się samoudręczasz? Misiu magistrze Pieronkiewicz, odpowiedz!
Myszkin: - Pełnia jest, Nataszo. Księżyc spać nie daje.
Natasza: - Pełnia? Vollmond? Jaka, gdzie, że niby co? Za dwa tygodnie to się stanie. Nów póki teges... W zasadzie wschód. Po wschodzie. Dzień wstał, ranek...
Myszkin: - Przemawiasz do mnie przez sen. Nie bawię się!
Natasza: - Marsz do wyrkum!
Myszkin: - Oj, bo tak. Żyły były myszki trzy, myszki trzy, myszki trzy, co gęsiego sobie szły, sobie szły, tra-la! Tymczasem nasza pościel, Natalie, nie jest z gęsich piór, ani nawet z kurzych. Jest stuprocentowo syntetyczna! Wtedy spał nie będę.
Natasza: - Dobra, umowa stoi. Idziemy jutro, dzisiaj, dzisiaj ale jutro, to jest w to jutro, które nastąpi po dzisiajowym spaniu twoim krótkim czy długim byle było, do Wieśniaka Bartłomieja. Gęś kupimy. Tuzin gęsi. Pióra powyrywamy, resztę zjemy, piórami obwoluty kołderkowe napełnimy i finito. Zaśnij. Zaśniesz?
Myszkin: - Fatalnie!
Natasza: - Słucham?
Myszkin: - Fatalnie się składa. Jestem uczulony na gęsinę.
Natasza: - Bredzisz! Puchu łabędziego ci się zachciewa, co?
Myszkin: - Dobrze już dobrze, spokój ma być w królestwie pomniejszej fauny. Tak, bredzę. Bredziłem. Zasię nabredziwszy, idę chr, chrrrrr.
(Myszkin, strudzony, zasypia).
Konstanty: - Tata zwariował! Ja chcę do babci!!!
Natasza: - O, i to się nazywa zdyscyplinowany pacjent.
--------------------------------------------------------------------------------
Dialog 3
Było tak a tak. Myszkin po tygodniu ciężkiej pracy wrócił na łono małżonki. Był wieczór, godzina może 18. Natasza siedziała w salonie, na stole stała dymiąca filiżanka z kawą po karaibsku. Rozmowa potoczyła się sama z siebie. Impulsem do nawiązania dialogu okazał się kot sąsiada.
Koty i inne
Natasza: - Myszkin! Myyyyszkin! Ty wiesz, ta flądra z piątego piętra ma kota. Wyobrażasz sobie? Małe to, czarniawe, w łaty, ale i prawie bez ogona, coś jakby pies bardziej niż kot. To się kłaniam, zagaduję, pytam niby od niechcenia. "Co za rasa?". A ona, proszę ja ciebie, "Sfinks!" - odpowiada, nieźle już nabzdyczona.
Myszkin: - Mmmm... Koty...
Natasza: - Co znowu?
Myszkin: - Czarny sfinks? No ja nie wiem, Hermenegildo, nie wiem zupełnie. Sfinksy są beżowe, posiadają ogony, za to nie mają sierści.
Natasza: - Może to jaki Behemot-Mefisto-Bies był? Zwierzę diabelskiej proweniencji? Krzyżówka i bełt genetyczny?
Myszkin: - Turecki pływający! Najwyraźniej Urszula nie zna się na kotach. Chciała zabłysnąć, pochwalić się, bo ja wiem co.
Natasza: - Po cholerę ze sfinksem wyjeżdżała? Tak się nie robi!
Myszkin: - Oj, bo ty dziecko jesteś, Nastka...
Konstanty: - Ktoś mnie wołał?
Myszkin i Natasza: - Cicho siedź! Odzywa się nie proszony!
Konstanty: - Ale mamooo...
Myszkin: - Sza! Marsz lekcje w lekcjowym pokoju odrabiać. I muzyka ma być wyłączona!
Konstanty: - Tatooo, no...
(Wychodzi z pokoju ze spuszczoną głową, po której się strasznie drapie).
Natasza: - Dziecko wystraszyłeś. Ty brutalu!
Myszkin: - Sama wystraszyłaś. Dawaj o tym kocie. Jaki on jest, co za jeden? Ze schroniska?
Natasza: - No chyba! Baba człap człap, chlip chlap, papierosa wzięła zapaliła, o ścianę się oparła, tę wiesz, co to obrzygana taka była, i dawaj nawijać. Że jej małżonek, Stefan, Grynszpan czy jak mu tam, za kotem nagle a bezpośrednio zatęsknił. To jest teges, za kota bezpośrednią obecnością. Wyczytał w Metro, że aktrica Maja Ostaszewska ma dwa podwórzowe, śmietnikowe, że kocha je, że życie bez nich to proszę ja ciebie w ogóle, w ogóle, nie wyobraża go sobie, słowem: KOT. Burczał, bzyczał, aż wybzyczał. Zakochany w Ostaszewskiej? Pies wie, miły mężu. Uleńka się pod boki jakoś tak pociesznie wzięła, telefon wykonała, zapakowała dzieci do malucha, syrenki, nie wiem, nie wiem, jaki on tam mają wóz, i fiuuuu, na Paluch. To schronisko, co wiesz...
Myszkin: - Tam za darmo kastrują.
Natasza: - Otóż, otóż! Więc pojechała z córunią, synalkiem, dzieciaki poszwędały się, pogapiły, ze cztery koty im do gustu przypadły, ostatecznie wzięli jednego, czarno-białego bez ogona. Ula tłumaczy dzieciom, że brzydki, taki wybrakowany jakby jakiś jakowyś, że może lepszy z ogonkiem, to te w ryk, że sfinks, sfinks, ratunku, banda sfinksów na horyzoncie! Trzymał lapaj, nadciągają, w snach straszyć będą jak dybuki, tylko kup-kup-kuuup, mama!
Myszkin: - Aaaaaa, no widzisz! Naściemniały starą!
Natasza: - Jaka ona jest ta nasza Uleńka to my dobrze wiemy. Prestiż i prestiż, chociaż na gołej dupie siedzi. Byle sąsiedztwu oko z zazdrości zbielało. O, państwo Grynszpanowie sfinksem szpanują, brawa, brawa! Oooo, państwo kupili sobie Peugeota 407, ooo, orgamz, normalnie, orgamz!
Myszkin: - To dopiero bromba! Nam te piosenki o sfinksach śpiewała będzie? Tere-fere! Toć my sami kotów nagromadziliśmy...
Natasza: - Specjaliści z nas!
Myszkin: - Felinofilni!
Natasza: - Kotokochający!
Myszkin: - Kiciozakręceni!
Natasza: - Zafiukani i przyfiumaczeni na punkcie...
Myszkin: - Wszerz...
Natasza: - I wzdłuż, byle na kota, z kotem, kotu, o kocie, kot!
Myszkin: - Myślisz, że przyjdzie z wizytą?
Natasza: - Kto? Ula? Ciiii! Bez takich mi tu!
Myszkin: - Mamy powód do nawiązania dobrosąsiedzkich stosunków.
Natasza: - Już to widzę. Przylezie taka, rozsiądzie się, fajora wyciągnie, kopcić i palić zacznie, a nasze koty od zapachu tytoniu i tego jej sfinksa do reszty zbzikują. Rozum postradają!
Myszkin: - Jednego nie pojmuję, żono. Sama palisz. Co gadasz na Ulę?
Natasza: - I ty palisz! Ale wiesz, rozumiesz, są palący a palący. Jeden inny od wszystkich. Więc o ile my, ja i ty, Natasza i Myszkin Człapkiewiczowie, należymy do grupy czy podgrupy palaczy sympatycznych, o tyle ona - do niższej kategorii fumaczy upierdliwych. Myślałby kto, że pali tylko po to, żeby ludzi denerwować.
Myszkin: - Trzyma się to kupy.
Natasza: - Jeszcze jak!
Myszkin: - Wprasza się do ludzi pod pretekstem, że zapałki zgubiła. Teraz będzie na koty, kotem się w nas wwierci. Oj-oj-oj, niech mnie szlag, kot ma sraczkę pierdaczkę, co kotu podać, gdzie z kotem, w czyje ręce, weterynarza, bakałarza czy zielarza? I truć będzie. I dymić. I przynudzać śmiertelnie.
Natasza: - W dwójnasób. Petem z lewa, zwierzęciem z prawa.
Myszkin: - Słuchaj, mycha!
Natasza: - Po karmę dla sfinksa przychodzić!
Myszkin: - Halo?
Natasza: - Po preparaty przeciwpchelne! Po smoczki i butelki, łiskasy, kitekaty i suche!
Myszkin: - Misia-mysza, ale wiesz, wiesz...
Natasza: - Bąki puszczać! Bekać! Konstantego dziecko nasze nam straszyć i wystraszać! Jehowów przyprowadzać, kuchnię i przedpokój zaczadzać, nos wściubalać, łapami gmyrać, życie nam nasze prywatne, pożycie małżeńskie rozprzęgać i psuć i w niwecz, w perzynę obracać!
Myszkin: - Te, stara!
Natasza: - Co!?
Myszkin: - Bo monologujesz jak nakręcona jakaś najęta, a mnie się taka refleksja w głowie narodziła.
Natasza: - Re-fle-ks-ja? O!
Myszkin: - Czy my kochamy bliźniego?
Natasza: - Że jak? Co ma bliźni tu teraz do wiatraka?
Myszkin: - Ula, wiesz, to nie jest zła kobieta. To kobieta głęboko nieszczęśliwa. Pewne okoliczności, warunki, zrobiły z niej jędzę. Mąż nieudacznik, syn leń, córka lafirynda, studia rozgrzebane, ambicje jak stąd do Karpacza.
Natasza: - Bajdurzysz, Felek, jak Jeszua Ha-Nocri, ten wiesz, Jezus niby z "Mistrza i Małgorzaty". Wszyscy są dobrzy, a ci niedobrzy to po prostu niekochani-nieszczęśliw-biedni-pokrzywdzeni-sponiewierani-i-poniżeni. Ej, nie podoba mi się! Ustaw azymut na krytykę, pobłażać przestań!
Myszkin: - Ha-Nocri od razu! Ale kochasz bliźniego swego jak siebie samego? Jak kota swego, Myszkina swego jedynego?
Natasza: - Kocham. W umiarkowanym stopniu. Nie przekraczając granic. Poczytaj aforyzm Schopenhauera o jeżozwierzach, to zrozumiesz. Co mi z kochania baby, która składa na nas notoryczne skargi do Urzędu Gminy? W dodatku kłamie?
Myszkin: - Co fakt, to fakt. Jednakowoż....
Natasza: - Łyczek kawy?
Myszkin: - Poproszę!
Natasza: - Ty za to Myszkin taki jesteś, książę-idiota, jak u Dostojewskiego. Wybaczałbyś. Na lewo i prawo. Dyspens udzielał i odpusty dawał.
Myszkin: - Odpusty się sprzedaje. Sama ostatnio wybaczyłaś Wieśniakowi Bartłomiejowi, że nam ośle włosy na pierzynę sprzedał zamiast gęsiego puchu!
Natasza: - Bartłomiej stary, ślepy.
Myszkin: - Ula nieszczęśliwa!
Natasza: - Dobrze już, dobrze pierniczku lukrowany, następnym razem wybaczę i jej.
Myszkin: - Jakim następnym? Zapraszamy ją? Na makowiec z rodzynkami, ajerkoniak i trufle? Po moim zdechłym trupie, miss wife!
Natasza: - Myszak, ja ciebie czasami zupełnie nie rozumiem.
Myszkin: - Ja siebie też.
Natasza: - Siebie ja też, słonko!
Myszkin: - Z jednek gliny lepieni jesteśmy.
Natasza: - O tak!
Efekt końcowy dysputy wydaje się łatwy do przewidzenia. Oddalmy się więc, opuśćmy w te pędy mury Człapkiewoczowego mieszkania, w przeciwnym razie usłyszymy dzwięki, których słyszeć nie powinniśmy.
--------------------------------------------------------------------------------
stygmaty 2005-06-18 07:18:08
skomentuj (4)
|
|
|